Przyznaję: myślałem, że będzie łatwiej. W dwa tysiące dwudziestym czwartym wyprowadziłem się z Warszawy do Giżycka z powodów, które wydawały się racjonalne — pracuję zdalnie, lubię wodę, chciałem być bliżej natury. Po pół roku miałem siedem kontaktów z aplikacji randkowych i zero spotkań. Mazury w styczniu są puste. Potrzeba było roku, żebym się tego nauczył i zmienił strategię.
Demografia, której nikt ci nie powie
Powiat giżycki w dwa tysiące dwudziestym piątym: dwadzieścia sześć tysięcy mieszkańców. Średni wiek: czterdzieści cztery lata. Odsetek osób w wieku dwadzieścia pięć do trzydzieści pięć lat: szesnaście procent. Dla porównania w Warszawie ta grupa to dwadzieścia osiem procent. Jeśli przeprowadzasz się jako trzydziestoletnia osoba, twoja grupa wiekowa jest fizycznie mniej obecna.
Pierwsza lekcja: aplikacje tu nie działają tak samo
W Warszawie w pięciokilometrowym promieniu miałem dwie i pół tysiąca profili aktywnych w ciągu ostatniego tygodnia. W Giżycku w promieniu piętnastu kilometrów — sto dziewięćdziesiąt cztery. Z tego realnie aktywnych (odpisali w ciągu tygodnia) — trzydzieści osiem. Z tego w moim przedziale wiekowym — siedem. Z tego kobiet — cztery. Tindera w mazurskim miasteczku spisuję w jedną sobotę wieczór i już nie mam nikogo do swipe'owania.
Druga lekcja: sezon vs poza sezon
W lipcu i sierpniu populacja Mazur potraja się. Warszawiacy na żaglach, Niemcy na kajakach, Czesi w kamperach. Nagle profile z aplikacji pokazują dwa tysiące osób w promieniu pięciu kilometrów, z czego większość jest tu na tydzień. To nie jest scena randkowa, to jest karuzela.
Lokalne randkowanie na Mazurach to nie jest to samo co wakacyjny romans w Giżycku w lipcu. Pierwsze jest pracą, drugie rozrywką. Nie mylcie.
W październiku miasto zamyka się. Kawiarnie skracają godziny, trzy restauracje padają do końca marca, marina pustoszeje. Ci, którzy zostają — zostają na stałe. I oni są twoją prawdziwą scenę randkową.
Co zadziałało, co nie
Co zadziałało
- Kursy żeglarskie zimowe. Stowarzyszenie Mazurskie organizuje w listopadzie i grudniu dwudniowe warsztaty na symulatorach. Siedem osób, kawa, obiad. Poznałem tam trzy osoby, które dziś są moimi przyjaciółmi.
- Chór miejski. Brzmi staro. Nie jest. Giżycki chór ma trzydziestu członków, połowa poniżej czterdziestki, próby we wtorki i czwartki. Znalazłem tam Martę.
- Biblioteka. Biblioteka miejska w Giżycku robi czytanki, spotkania autorskie, wieczory dyskusyjne. Darmowe, raz w tygodniu, dwanaście do osiemnastu osób.
- Grupa na Facebooku „Mazury Mieszkańcy". Dziewięćset członków, wszyscy lokalni, tematy od remontu dachu po wspólne wypady na grzyby.
Co nie zadziałało
- Samotne chodzenie do knajpy. W Warszawie w Kolorowej siedzisz przy barze, ktoś zagaduje. W Giżycku w restauracji Tawerna Cicha siedzą ze swoimi grupami i nie spotykają się z nikim nowym.
- Aplikacje bez filtra „lokalne". Tinder podpowiadał mi ludzi z Olsztyna (sześćdziesiąt pięć kilometrów). W praktyce nikt nie jeździł.
- Klub fitness. Mała skala, zawsze te same osoby, wszyscy zajęci sprzętem.
- Szkoła tańca. Brak, jedynej nauczycielki zabrakło w dwa tysiące dwudziestym trzecim.
Jedna rzecz, którą robię dziś inaczej niż wtedy
Nie walczę z geografią. Raz na trzy tygodnie wsiadam w pociąg do Olsztyna (godzina) albo do Białegostoku (dwie godziny), spędzam weekend. Tam scena randkowa jest aktywna, kawiarnie otwarte, ludzie mobilni. Olsztyn ma sto sześćdziesiąt pięć tysięcy mieszkańców i realną kulturę wielkomiejską — dzieje się tam znacznie więcej niż nad jakimkolwiek mazurskim jeziorem.
Ten dystans — godzina w jedną stronę — nie jest przekleństwem, tylko filtrem. Osoby, z którymi umawiam się w Olsztynie, wiedzą, że przyjeżdżam specjalnie. To jest inny rodzaj zainteresowania niż warszawskie „spotkajmy się tam, gdzie ci po drodze".
Inne lokalne strategie
Wyjazdy weekendowe organizowane z Giżycka
Lokalne grupy turystyczne raz w miesiącu jeżdżą do Wilna, do Pragi, do Kaliningradu (gdy jeszcze było otwarte). Autobus czterdzieści osób, dwie noce, grupa mieszana wiekowo. Poznałeś tam jeszcze więcej niż na aplikacji, bo masz szesnaście godzin z ludźmi.
Domek letniskowy w listopadzie
Mam znajomych, którzy wynajmują domek nad Niegocinem w październiku albo listopadzie na weekend dla sześciu osób. Trzy pary przyjaciół z mieszanego kręgu, dwie z nich przywoziły różnych przyjaciół za każdym razem. Poznałem Martę właśnie na takim domku u znajomych.
Praktyczne ostrzeżenia
- W małym mieście każdy zna każdego. Jeśli spotkasz się z kimś i się nie ułoży, to lokalny chór dowie się w ciągu tygodnia.
- Nie skarż się publicznie na miasto. Ludzie, którzy tu wrócili po Warszawie albo Krakowie, są dumni z tego, że tu są. Krytyka miejsca to krytyka ich wyboru.
- Bądź cierpliwy. Zaprzyjaźnienie się w miasteczku trwa dwa razy dłużej niż w metropolii. Ale jak już jest, jest głębsze.
- Nie uciekaj w weekend do Warszawy za każdym razem. Ludzie zauważają i przestają cię zapraszać do siebie.
Co się zmieniło po osiemnastu miesiącach
Dziś jest marzec dwa tysiące dwudziestego szóstego. Mieszkam w Giżycku drugi rok. Mam pięciu dobrych znajomych, z których dwaj przeprowadzili się tu w tym samym roku co ja. Mam chór we wtorki i czwartki. Mam Martę, której poznałem trzeci raz przez chór, potem domek nad jeziorem, potem zrobiliśmy wspólną wyprawę kajakową w sierpniu. Chodzimy razem już prawie rok.
Gdybym miał dać radę komuś, kto teraz planuje taką przeprowadzkę: nie spodziewaj się, że aplikacje cię uratują. Znajdź lokalne powody, żeby wychodzić z domu trzy razy w tygodniu, nawet jeśli nie masz do tego mentalnej energii. Pierwszy rok jest inwestycją, drugi rok zbiorem. Mazurska scena randkowa nie istnieje — istnieje mazurska scena społeczna, z której wynika randkowa jako efekt uboczny. To jest zupełnie inny mechanizm niż wielkomiejski.
A jeżeli nie znajdziesz nikogo przez dwa lata — wróć do miasta. To jest w porządku, a czasem to jedyna uczciwa odpowiedź.