Siódma rano w Warszawie, piąta w Lizbonie. Mateusz robi kawę na kuchni na Powiślu, komputer otwarty, pierwsza rozmowa z klientem z Berlina o siódmej trzydzieści. Ona, Ana, śpi jeszcze. Spałaby aż do dziewiątej Warszawskiego (siódmej lizbońskiej), gdyby mogła. Ale o czwartej nad ranem obudziło ją wideo od niego — chciał jej pokazać pierwszy śnieg w parku na Żoliborzu. Miała potem trudność zasnąć.
Tak zaczął się jeden z ich pierwszych stałych problemów. Dziewięć miesięcy związku, sześć wspólnych lotów, czterech Tygodni wspólnego mieszkania — i codzienne dwie godziny różnicy, które zjadały ich po cichu.
Jak się poznali
Mateusz, trzydzieści jeden lat, pracował jako UX designer dla skandynawskiej agencji. Ana, dwadzieścia dziewięć, copywriterka z Porto pracująca dla niemieckiej firmy fintech. Poznali się w Nosara w Kostaryce, gdzie oboje byli na dwumiesięcznym pobycie w tym samym coworkingu digital nomads. Trzy tygodnie na plaży, sześć tygodni razem, powrót do swoich baz. On do Warszawy, ona do Lizbony.
Matematyka stref czasowych
Lizbona jest godzinę wcześniej niż Warszawa. Od zmiany czasu w marcu do października — godzina. Od października do marca — godzina. Prosta różnica, ale gdy dodasz jej praktyczne implikacje, staje się dwie albo nawet trzy godziny funkcjonalne.
- Ana zaczyna pracę o dziesiątej lizbońskiej (jedenasta warszawska). Mateusz kończy dzień o osiemnastej warszawskiej (siedemnasta lizbońska), czyli w środku jej popołudnia.
- Jeśli chcą zjeść kolację razem przez telefon, ona musi zjeść o siódmej (wcześnie jak na Portugalię, gdzie norma to dziewiąta-dziesiąta). On może jeść o ósmej warszawskiej.
- Weekendy są łatwiejsze — oboje wolni, oboje dostępni, różnica godzin nie boli.
Pierwsze trzy miesiące: wirtualne
Od września do listopada nie spotkali się ani razu. Mateusz miał duży projekt, Ana sprzątała po przeprowadzce. Komunikowali się przez FaceTime codziennie o dwudziestej trzeciej jego czasu (dwudziestej drugiej jej). Ta godzina była pułapką — dla niej za późno (wczesna wstawanka następnego dnia o siódmej, czyli szóstej jego), dla niego akurat. Pierwszy miesiąc szło. Drugi — zaczęło się schodzenie.
Rozwiązanie, które znaleźli: zastąpili „codziennie" na „cztery razy w tygodniu". Pozostałe trzy dni pisali wiadomości głosowe — ona rano jadąc do Sąkolki, on po obiedzie przed spacerem. Mniej wideo, więcej tekstu i głosu. Mniej presji synchroniczności.
Pierwsza wspólna wizyta
Pierwsza wizyta u siebie w nowym mieście zawsze jest testem. Czy ta osoba jest w bąbelku, który znam, czy jest sobą w nieznanym?
W grudniu on poleciał do Lizbony na dziesięć dni. LOT ma bezpośredni z Warszawy, lot trzy i pół godziny, czterysta pięćdziesiąt złotych w obie strony w promocji. Mieszkali razem w jej mieszkaniu na Alfamie. On pracował w jej przestrzeni — mały stół przy oknie, widok na wzgórza Lizbony. Odkryli, że on źle znosi jej lizbońskie godziny — ona chce spać o dwudziestej trzeciej, on czuje się jak o dwudziestej drugiej. Dwie godziny nieśpiące w nocy zamiast wspólnej kolacji.
Druga wizyta: rewanż
Styczeń, ona w Warszawie na dwa tygodnie. Warszawski zimowy mróz, lot z Portela do Chopina sto osiemdziesiąt euro w promocji TAP. Tutaj wyszło coś ciekawego: ona była głodna po jego godzinach. Jadła kolację o dziewiętnastej, co było dla niej wczesne, i zawsze była niewyspana. Zadzwoniła do mamy o dwudziestej pierwszej warszawskiej (dwudziestej lizbońskiej), i mama zapytała: „dlaczego tak cicho mówisz, jesteś chora?". Przyzwyczajenie do własnego rytmu okazało się głębsze niż myślała.
Po sześciu miesiącach: nowa umowa
W marcu spotkali się w Barcelonie — neutralny grunt, półtorej godziny lotu z każdej strony, wspólna strefa czasowa. Trzy dni, sześć rozmów, jedna decyzja: na razie zostają dwa lata osobno, on w Warszawie, ona w Lizbonie. Raz w miesiącu wizyta — dziesięć dni w Lizbonie albo Warszawie, na przemian. Raz w sezonie wspólny wyjazd do trzeciego miasta — Barcelona, Rzym, Edynburg, Tallin. Raz w roku dłuższy pobyt — miesiąc w Lizbonie w lipcu (ona wakacje z pracy, on pracuje zdalnie).
Koszty rocznie
- Loty (dwanaście wzajemnych wizyt po cztery pięćset): pięć tysięcy czterysta złotych każde, czyli dziesięć tysięcy osiemset dla pary.
- Wspólne wyjazdy trzecim miastem (cztery razy): dwa tysiące czterysta na parę za lot, plus noclegi siedem tysięcy, razem dziewięć tysięcy czterysta.
- Miesięczny pobyt w Lizbonie: sześć tysięcy na mieszkanie krótkoterminowe, dwa tysiące jedzenie, razem osiem tysięcy.
Razem około dwudziestu ośmiu tysięcy złotych rocznie. Pięć procent ich łącznych dochodów, ale ponad sto procent tego, co wydawali na randki, gdy byli singlami w swoich miastach.
Co działa po osiemnastu miesiącach
Dwie rzeczy, których nie przewidzieli. Pierwsza: różnica godzin nauczyła ich autonomii. Każde ma swoje poranki sam ze sobą — on z kawą na Powiślu, ona z kawą na Alfamie — i dopiero potem spotykają się w wspólnym czasie. Dobra ich relacja nie polega na wspólnym śnie i wspólnym śniadaniu. Polega na wspólnej decyzji, żeby się codziennie zdecydować.
Druga: celebrują rocznice w czasie lizbońskim. Jeżeli pierwsza randka była o drugiej po południu w Kostaryce, czyli ósmej wieczorem w Lizbonie i dziewiątej w Warszawie — oni ją świętują o dziewiątej wieczorem jego czasu, to jest nasza „warszawska rocznica". Proste, ale daje im wspólny rytm w roku.
Dla kogo to działa
Ana: „To nie jest dla każdej pary. Musisz lubić pobyt sam ze sobą przez dziewięćdziesiąt procent miesiąca. Jeżeli twoje szczęście zależy od obecności fizycznej drugiej osoby, nie rób tego. My oboje byliśmy single przez dziesięć lat przed tym. Wiemy, jak żyć samemu. To ratuje relację."
Mateusz: „Nie mamy planu, żeby zamieszkać na stałe w jednym mieście. Może za pięć lat, może nigdy. Nie to jest celem. Celem jest, żebyśmy oboje mieli życie, które kochamy, i ponad to relację, która nas wzbogaca. To działa dopóki to działa. A jak przestanie — będziemy dorośli."
Zimna, ale szczera wersja związku, który ma sens dla dwojga digital nomadów. Nie jest dla każdego. Jest dla niektórych. I to jest w porządku.